Prosto miło i wesoło, w skrócie Forrest Gump

16.01.2012

Zastanawiałem się długo, co o tym filmie w ogóle napisać, bo właściwie jest on tak prosty, że nie ma się nad czym rozwodzić. Jest sobie Forrest Gump - jaki jest, nie trzeba mówić. Prosty człowiek, z ilorazem inteligencji nieco poniżej 80, który zawsze jak...

Zastanawiałem się długo, co o tym filmie w ogóle napisać, bo właściwie jest on tak prosty, że nie ma się nad czym rozwodzić. Jest sobie Forrest Gump - jaki jest, nie trzeba mówić. Prosty człowiek, z ilorazem inteligencji nieco poniżej 80, który zawsze jak gdzieś szedł, to biegł... Dla mnie ta postać jest naprawdę niesamowita, podchodzę do niej z szacunkiem. Nie chodzi mi tutaj o samą inteligencję, bo gdyby wszyscy tacy byli, to teraz przy dobrych wiatrach odlewalibyśmy miecze z brązu lub coś w tym stylu. Chodzi jednak o to, jak traktował wszystko - nie komplikował spraw, przyjmował wszystko tak, jak było. Właśnie dzięki temu odniósł tyle, nazwijmy to "sukcesów". Świadomie przymrużę oko na to, że szczęścia też miał niemało. Więcej o nim nie będę już pisał, bo naprawdę chyba nie trzeba. Jakim filmem jest natomiast "Forrest Gump"? O czym? Niektórzy widzą w nim tylko komedię. Dla mnie jest to jednak tylko dodatek do czegoś o wiele bardziej poważnego. Mówi o czymś, o czym właściwie wspomniałem już, opisując Forresta, o tym, jak nasz świat jest "dziwny" (żeby już nie mówić gorzej). Dlaczego ludzie dzisiaj tak bardzo komplikują niektóre sprawy? Dzisiaj zamiast po prostu coś zrobić, najpierw rozważymy wszystkie korzyści, jakie mogą z tego wypłynąć dla nas. Jesteśmy często egoistyczni, myślimy głównie o swoich korzyściach. O innych myślimy tylko, gdy sami nie mamy nic na głowie. Jest to niestety temat, na który bardzo niechętnie się dzisiaj rozmawia. Powiedziałbym nawet, że jest to taki "niemodny" temat. Oczywiście, są wyjątki od tego, co napisałem, ale trudno dzisiaj takich spotkać. Dobra, więc jeśli coś jest niemodne, to mówienie o tym jest głupie, co nie? Przynajmniej takie może się wydawać. Dlatego właśnie "Forrest" nam też coś pokazuje, a właściwie mówi: jego słynne zdanie, które według mnie jest kwintesencją/podstawą/fundamentem całego filmu, bez którego cały film byłby niewypałem dla mnie - "poznasz głupiego po czynach jego". Tak, dzięki temu widzimy, że Forrest był wielkim człowiekiem, mimo minimalnej inteligencji zrobił więcej niż wielu "mądrzejszych" ludzi. Druga płaszczyzna filmu to miłość. Tak, jest to film o miłości. I niestety nie zauważyłbym tego, gdyby ktoś mi tego nie powiedział, a przecież to jest takie oczywiste. Miłość Forresta do Jenny jest głównym motorem napędowym całej fabuły. Gdyby nie ona, to prawdopodobnie przestaliby się spotykać już po ukończeniu szkoły podstawowej. No, a nawet jeśli, to wstąpienie Forresta do wojska definitywnie zakończyłoby ich znajomość. Gdyby nie miłość, to w ogóle filmu by nie było, bo przecież przez większość czasu Forrest opowiada na ławce swoją historię. Dlaczego siedzi na ławce? Bo czeka na autobus. Dokąd jedzie? Do Jenny. To już chyba dobitny dowód dla tych, którzy nie mogli się z tym pogodzić. A Jenny przez prawie cały film nie mogła zmądrzeć i dostrzec, że ten prosty człowiek, może i jest głupi, ale wie, co to miłość. Mimo chwilowych przebłysków dopiero gdy urodziła syna, a raczej gdy zachorowała na raka, zrozumiała, że z nim będzie jej naprawdę dobrze. Tak więc mamy tutaj wątek romantyczny (tak, coś dla mnie). Nie jest jednak do końca w moim typie, bo nie było bohatera, który ratuje miasto przed terrorystami i potem zapłakana dziewczyna/żona rzuca mu się w ramiona, albo co lepsze - ratuje swoją dziewczynę/żonę, itp... Ale nie narzekam, nie było źle. Jeszcze jedna rzecz - scena nad grobem Jenny. Naprawdę się wzruszyłem. Jeszcze chwila i musiałbym chusteczek szukać (obciach jak cholera dla chłopaka, co nie?). Na szczęście wytrzymałem, ale naprawdę niewiele brakowało. No i na sam koniec. Film ten rywalizował o Oscara z innym tytułem, który wszyscy znamy - "Pulp Fiction". "Pulp Fiction" jest o wiele większym sukcesem, jeżeli chodzi o tworzenie filmów jako sztukę. Było wtedy filmem zupełnie innym i nowym i wielu ludzi rozdziela teraz filmy na te, co powstały przed i po nim. "Forrest Gump" na tej płaszczyźnie zupełnie wymięka, właściwie to w ogóle się nie liczy. Jednak mówi się w nim o sprawach o wiele ważniejszych, głębszych, a to według mnie jest ogromny plus i właśnie dlatego uważam, że zasłużył bardziej na Oscara niż "Pulp Fiction" (teraz ktoś powinien mi zarzucić: ale w Oscarach nie chodzi o to, co kto czuje po obejrzeniu filmu, tylko w trakcie...).

Materiały powiązane: Forrest Gump

Dyskusja

Bądź pierwszy i załóż nowy temat...

eonline

Copyright © 1998-2011 Eonline. Wszelkie prawa zastrzeżone.